Culkin: nie sam i nie w domu
Mam nadzieję, że żadna matka, nawet amerykańska, nie zaprowadziła swojego dziecka na “Party monstera” tylko dlatego, że gra w nim ten uroczy Kevin, co to go co roku w wigilię telewizornia odświeża. Szczęśliwie film był w ograniczonej dystrybucji…
Dzisiaj miało być jakoś tak lajtowo na czas leczenia kaca, więc wydawało mi się, że ten film (figurujący w moich spisach jako komediodramat) będzie taki akurat. Małżonek po półgodzinie wstał z sofy, poinformował, że on już tego nie wytrzyma i woli poczytać książkę.
I wcale mu się nie dziwię. Ten film jest rzeczywiście strasznie trudny do wytrzymania, wzbudza całą górę negatywnych emocji (z których zastanawianie się, którym kapciem walnąć w ekran, jest taką prawie pozytywną) ale… niezły. Macaulay Culkin wkurza maksymalnie, co udowadnia, że jest naprawdę przyzwoitym aktorem. Pomysł na przyjęcie takiej roli jest wręcz idealny: nie ma chyba lepszego sposobu na rozbicie dziecięcego image’u niż zagranie młodego homoseksualnego freaka, zaćpanego o każdej porze doby a zarazem mordercy. Grana przez niego postać jest tak odrażająca, że aż fascynująca a jego anielskie loczki i chłopięcy (mocno pedofilny miejscami) urok idealnie dopełniają wizję “szatana”:

W warstwie wizualnej ten film jest wystylizowany na maksymalny kicz. Ponieważ jednak przykrywa on wyjątkowo paskudną fabułę, zabieg pozostawia zamęt w głowie. Z jednej strony “Party monster” jest czymś w rodzaju kolejnego pomnika rozrywki (tak jak “Kabaret” upamiętniał przedwojenny Berlin, “Klub 54″ Nowy Jork lat 70.) czy może raczej próbą upchnięcia lat 80. w ramy pewnego obrazu. Z drugiej jest ostrzeżeniem. Obraz to bowiem przykry i smutny: nie ma już niezobowiązującej rozrywki, uczestnicy tego światka mają w nocy ten sam wyścig szczurów co za dnia, te same dragi, tę samą samotność i pustkę.
“Party monster” ostrzega, że wir ulotnych przyjemności sprowadza na manowce, że kolorowa wizja po E czy K to oszustwo. Nic odkrywczego, ale zrobione bardzo przekonująco (nudności w trakcie oglądania gratis). Budzisz się po kolejnej przećpanej nocy i - wot, siurpryza - jesteś skacowany, starszy, ze zmarszczkami pod oczami, pustką w portfelu i zerem szans na przyszłość, poza kolejną działką rzecz jasna. Stając się częścią blichtru nie tylko tracisz szansę bycia czymś więcej niż elementem tegoż blichtru, ale również szansę wydobycia się z niego. Wysoce przygnębiający przekaz.
O ile jednak bohaterowie “Party monstera” mogą mieć jeszcze nadzieję, że Nowy Jork - i szerzej, świat - nie musi być dołujący i smutny, to my już niestety takiego luksusu nie mamy. W końcu widzieliśmy już “Shortbusa”, kolejny pomnik, tym razem upamiętniający wszechogarniającą samotność i społeczną alienację pierwszej dekady XXI wieku.
Kino gejowskie wyraźnie zaczęło odbierać i przetwarzać mnóstwo negatywnych impulsów ze świata zewnętrznego. A może po prostu odważa się już - wreszcie! - mówić do gejów zamiast o gejach? Jeśli tak, to ja jestem za. Ale mogliby wymyślić jakąś naklejkę typu “Old-queer care required”, żeby początkujących kinematograficznie nie wdeptywać bez ostrzeżenia w ziemię.
Fenton Bailey, Randy Barbato, “Party Monster”, 2003
PS. Oglądając “Party monstera” pięć lat po premierze wreszcie widać, z czego czerpie dzisiejsza moda vintage. I dlaczego jej nie lubię.

Original post by gejowski